piątek, 25 lipca 2014

Od Emerald

Zawsze uważałam niezależność za piękną rzecz. Wolność była dla mnie najpiękniejszym uczuciem, którego doznałam w nieograniczonym świecie, gdzie mogłam wszystko, czego dusza zapragnie. Jak to jednak bywa często z pięknymi rzeczami, skupiłam się tylko na niej. Zapomniałam rodzinę, cieszyłam się z jednostronnych przyjaźni i innych związków- byłam nieświadomie ograniczona, nigdy nie oddawałam emocji. Byłam po prostu wolnym ptakiem, który niczym postać z baśni odczuwa tylko szczęście i właśnie to piękno, którym charakteryzuje się wolność. Do czasu.
Od tego dnia, w którym wataha rozpadła się na kawałki, od utracenia wolności i uciekania z kulą u nogi minęły lata, dostałam klaustrofobii i innych szalonych chorób psychicznych. Wciąż koszmary, pełne nienawiści spojrzenia tuż za mną, świadomość, że oni gdzieś są, że mi tego nie odpuszczą. Kiedyś dogonią i rozszarpią na strzępy. Przekonanie o własnej bezsilności, koszmary nocne przepełnione żywym ogniem i krwią, gdzie nie ma już dla mnie litości. Moim marzeniem jest znów poczuć wolność, a nie ich oddech na karku, oddech tych, których nie widziałam od lat, i oczywiście to ciągłe uciekanie, aby o nich zapomnieć. Bardziej chciałam uciec od czarnych myśli niż od nich samych.
Obudziłam się jak zwykle wcześnie rano, dokładnie o wschodzie słońca. Obejrzałam się za siebie, a po moich plecach przebiegł dreszcz. Na szczęście była tam jak zwykle ta sama pusta ściana, kilka kryształów i źródełko wodne, a nie Crystal, Arduin czy Hether. Tak zaczynał się każdy mój dzień, od upewnienia się, czy ich tu nie ma.
Otrząsnęłam się z podejrzeń i lęków, postanowiłam w ramach rozgrzewki złapać byle jakiego jelenia. Ostrożnie, powolnym krokiem skradałam się w stronę polnej dróżki, po czym wskoczyłam w krzaki. Zastrzygłam odruchowo uszami i rozejrzałam się. Niedaleko hasało kilka szaraków. Płosząc je schowałam się za kolejnym drzewem, zza którego dokładnie widać było polanę. Stało tam stadko jelonków, wszystkie rozglądały się jakby w obawie, że zaraz coś wyskoczy i je brutalnie zagryzie. Kilka razy potupałam w ziemię tylnymi łapami, napięłam mięśnie i doskoczyłam krtani jednego z nich jak wystrzelona z procy. Powaliłam go na ziemię, ale nagle zorientowałam się, że jego łopatkę przyciska biała łapa. Zaczął wściekle wierzgać nogami i warczeć, więc szybko ugryzłam go w udo. Spowolnił wydając głuchy ryk. Czarny pysk nadgryzł jego szyję, na co jeleń szeroko otworzył ślepia i zamarł w bezruchu, jakby zmieniony w kamień. Spojrzałam w górę rozdzierając mu brzuch. Nad padliną stała wadera. Popatrzyłam na nią spode łba.
- Co cię sprowadza na te tereny? - zapytała melancholijnym głosem.
- Długa historia - odparłam z szelmowskim uśmiechem. Wadera nadgryzła kawałek mięsa z rozdartej przeze mnie skóry.
- Mam nadzieję, że się podzielimy.
Przewróciłam oczami i przedstawiłam się:
- Jestem Emerald.
- Róża, alfa tej watahy...
- "Tej watahy"? - rozejrzałam się.
- Wiesz, większość jest na bitwie.
- Ile towarzystwo liczy wilków?
Róża najpierw przekręciła głowę z lekkim niedowierzaniem, a potem zaczęła oglądać swoje łapy.
- Czternaście. - powiedziała i złapała za martwego jelenia. - choć, weźmiemy go do jaskini, opowiem Ci co nieco...

<Róża?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz