piątek, 2 maja 2014

od Akimitsu


Ześlizgiwałem się po błotnej rynnie powstałej po deszczu parę dni temu.Krzyczałem w niebogłosy.Robiło się coraz bardziej stromo,aż naglę wystrzeliło ostro w górę.Czułem że lecę.Wtedy gdy byłam parę metrów nad ziemią coś lub ktoś mnie chwycił w powietrzu i wylądował ze mną na ziemi.Potem postawił.Z przestrachem odwróciłem się nerwowo.Przede mną stał jakiś biały wilk.
-No co tam mały?-spytał uśmiechając się łobuzersko.
-No...em...ten tego..-mamrotałem nie wiedząc co powiedzieć.
Znowu mnie chwycił mnie za skórę i zaniósł do jakiejś wilczycy.
Głośno protestowała sądząc ,że ma mnie przygarnąć.Wtem wyszła zza niej(jak się potem dowiedziałem)Swiftkill.

W nocy obudziła mnie jakaś wadera ze skrzydłami.
-Chodź mały.-powiedziała.
Zaprowadziła mnie do pustej jaskini i wytłumaczyła,że to teren Kryształowej Watahy,ona jest jej alfa,a to jest jaskinia sierocińca.
Niechętnie wszedłem do środka i położyłem na małym ciasnym legowisku.Czekałem tylko licząc że przestanie padać i szybko zacznie się nowy dzień.
Spałem jakieś pół godziny bo potem obudziła mnie kropla wody spadająca do kałuży z powały.
Zwinąłem się ciaśniejszy kłębek.,,Ta Swift ma przynajmniej Lunę,a ja?''użalałem się nad sobą,,Ja muszę tu siedzieć sam...całkiem sam...''.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz